1 maja 2024 (środa)
Nawet nie wiem od czego zacząć. Jeszcze dwa dni temu miałam pisać o postępie sprzątania w domu i tego typu, w sumie błahych, sprawach. Nawet dzisiaj, dnia następnego, nie mogę jeszcze ochłonąć. To się po prostu w głowie nie mieści.
Nie wiem od czego zacząć. Wczorajszy dzień zaczął się zupełnie normalnie. No poza tym, że rano miałam rozmowę o pracę w urzędzie. Mam nadzieję, choć bardzo nikłą, że może jednak tym razem mi się uda. Jak się później okazało, mniej więcej w czasie, kiedy ja usiłowałam jak najlepiej sprzedać swoją osobę potencjalnemu pracodawcy, doszło do wielkiej awantury, która była kulminacją poprzednich (jak się później dowiedziałam). Świadkami tej awantury było nie tylko Słoneczko, ale także część sąsiadów, która była wtedy na dworzu.
W ogóle jakim trzeba być człowiekiem, aby robić awanturę kobiecie tuż przed porodem i przy małym dziecku. Tfu, dziadek. I żeby jeszcze rzeczywiście na prawdę stało się coś wartego tej awantury, ale właśnie nie. Same pierdoły, bo nie wiem jak to inaczej nazwać. Szkoda ich dwumiesięcznej pracy w odnowienie tego mieszkania. Ale w takich warunkach psychicznych żyć się po prostu nie da.
Chrzanowy robił awantury o najbardziej prozaiczne rzeczy: że pies na ogrodzie; że dziecko na ogrodzie; że drzwi do ich oddzielnego mieszkania ośmielili się zamknąć; że mają mówić kiedy wychodzą, po co i dlaczego; że mają mówić kiedy ktoś do nich przychodzi i kto to jest (bo niektórzy, w tym ja mieliśmy zakaz wstępu, jak się okazało); że kwiatek zerwany itd. W te dziewięć dni powstawała cała lista nakazów i przykazów, głównie czego nie wolno. Zakończyło się to wszystko wywaleniem przez Chrzanowego jego własnego syna z domu.
No więc nastąpiła szybka organizacja planów. Ja poprzestawiałam to co miałam w planach przez najbliższe tygodnie i przystąpiliśmy do przeprawadzki wstecznej. Dzień zakończył się, że znów wszyscy spaliśmy pod jednym dachem. A buziak na dobranoc od Słoneczka był kwintesencją całego dnia.
Próbowaliśmy wczoraj pogodzić psy, ale było późno, a my zmęczeni, więc nie wyszło tak jak sobie zaplanowaliśmy. Ale nie będziemy się poddawać. Tak czy siak, obie poznały, że skończyły się stare zasady i będą teraz nowe.
W sumie dobrze, że ten cały Chrzanowy wyjechał na majówkę (choć podobno na L4 jest), bo przynajmniej nie stoi nad nimi i awantur nie robi. Lepiej, żeby mi z oczu schodził. Przynajmniej wyprowadzkę mogą przejść w spokoju. Chociaż on podobno monitoring na każdy zakamarek domu ma ustawiony, więc jak zajrzy... Ale podobno nie jest aż tak biegły w technice. Oby.
Właśnie do mnie dotarło, prawdopodobnie dlaczego Miranda nie odpisywała mi wcześniej. Życie w takim stresie to jest koszmar. Coś wiem niestety na ten temat. Wtedy ciężko prozaiczne dla nas rozmowy prowadzić. Jeżeli tak było, to dobrze, że ten koszmar skończył się wcześniej niż później. Nigdy bym się nie spodziewała, że Chrzanowy decydując się im dać mieszkanie po babci do mieszkania (nie w prezencie), będzie taki nieludzki w kontaktach z własną w sumie rodziną.
Słoneczko podobno dobrze w miarę spało pod starym dachem. Katarku się nabawiła, ale poza tym się wyspała. Podobno tam żadnej nocy nie przespała całej. Ciągle się budziła i ciężko było ją uspokoić. Atmosfera domu (oczywiście wytworzona głównie przez jego domowników) wpływa na wszystkich, a w szczególności na małe dzieci, które jakby przez skórę ją wyczuwają. Nerwowość jaka musiała tam panować, na pewno odbijała się na psychice Słoneczka.
Dzisiaj przyjechał kolega do pomocy przy pozostałych meblach i rzeczach. A dziewczyny zajmą się ponownym układaniem. Ja oczywiście w pracy, więc mogę im tylko mentalnie i merytorycznie pomagać. No i trochę jak wrócę, bo ponieważ święto, nie pracuję cały dzień, tylko do 16-tej.


Komentarze
Prześlij komentarz